niedziela, 17 kwietnia 2011

yvonne fair - love ain't no toy

Yvonne Fair (Sprawiedliwa Iwonka?) to następna świetna, aczkolwiek zapomniana, wokalistka Motownu. za sprawą światowej koncertowej kampanii wytwórni zrobiła furorę na scenach w Europie, Australii, Azji, ale nie we własnym kraju. Miller London, ówczesny wicedyrektor Motownu tłumaczy w dołączonej do reedycji jej jedynego albumu biografii, że "The Bitch Is Black" niefortunnie nie ukazało prawdziwego potencjału artystki. ja pytam jaki ten jej potencjał był, skoro już sam ten album mnie powalił? Yvonne to silna, pewna siebie na scenie i na mikrofonie kobita, mająca muzyczne wparcie wielkiego producenta, Normana Whitfileda. do tego kilka mocnych coverów, polecam ten album bardzo. no i na dodatek ten tytuł (inspirowany ówczesną modą na to słowo "bitch", patrz: "Who Is This Bitch, Anyway?" Marleny Shaw, "The Bitch Is Black" Eltona Johna) i najbardziej pikantna w historii wytwórni okładka. nie wiem jak to się nie stało klasyką

Yvonne Fair - Love Ain't No Toy (1975)

sobota, 16 kwietnia 2011

garry shider - crazy bout you

ciąg dalszy rozbierania na kawałki kolektywu Parliament/Funkadelic. dzisiaj rozbieramy aż do samej pieluchy, w której to na scenie prezentował się zwykle Garry Shider, kolejny fundament zespołu. był w końcu ucieleśnieniem Gwiezdnego Dziecka - postaci, która według mitologii Parliamentu miała zbawić ludzkość przed niefunkowością, przed Sirem Nosem D'Voidoffunkiem i jego Syndromem Placebo. swoją powinność spełniał również na płytach Funkadelic, to on w "One Nation Under A Groove" śpiewał o szansie na wytańczenie wyjścia z naszych uciśnień. niestety opuścił na zawsze naszą planetę w czerwcu ubiegłego roku, dziś mi się przypomniał gdy słuchałem nowego albumu DJ'a Quika, na którym mamy jego gościnny występ w finałowym utworze. dotarłem dziś również do jego skromnego solowego dorobku, oto jeden z utworów z wydanego w 2002 roku mini albumu "Diaperman: The Second Coming". za mocny p-funk, na wszelki wypadek przyodziejcie w hołdzie pieluchy

Garry Shider - Crazy Bout You (2002)

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

alexander o'neal - sunshine

jedziemy dalej, dzisiaj ballada z lat osiemdziesiątych do porzygania tymi latami nasiąknięta. pochodzi z drugiego albumu pana Alexandra, który to album zrobił niezłą furorę dzięki wystrzałowej produkcji Jimmy'ego Jama i Terry'ego Lewisa. nie wiem czy mówiłem o nich, ale chłopaki odpowiadają między innymi za brzmienie ówczesnej Janet Jackson i późniejszych Mary J Blige i Mariah Carey. Alex poznał się ze wspomnianym duetem w ramach grupy Entrerprise, która z czasem przekształciła się w szerzej znane The Time. uległ tylko zmianie główny wokalista, Olka zastąpił Morris Day, podobno był to nacisk ze strony głów Warner Bros Records, którym O'Neal wydawał się być "zbyt czarnym". nie skomentuję tego i wrócę do "Sunshine". w oparciu o ten utwór powstał później równie plastikowy przebój Jaya-Z, "(Always Be My) Sunshine". oba urocze na swój sposób. polecam też cały krążek Alexa ("Hearsay"), ja już swój 12" egzemplarz nabyłem na Allegro, za dosłownie złotówki

Alexander O'Neal - Sunshine (1986)

niedziela, 10 kwietnia 2011

3 tenors of soul - fantasy

"3 tenors of soul"... no mocno się panowie nazwali. nie wiem czy któregokolwiek z trójki panów można nazwać tak wielkim dla muzyki soul, jak wielkimi w swoim świecie są oryginalni trzej tenorzy. no ale niech im będzie, co by nie było są to prawdziwe znakomitości filadelfijskich dźwięków. po pierwsze, niedawno wspominany wokalista z  The Stylistics - Russel Thompkins Jr. (który z głosu bardzo mi przypomina z dziadka-pedofila z "Family Guy" - musiałem się tą uwagą podzielić prędzej czy później), po drugie William Hart z bardziej znanego The Delfonics i po trzecie, reprezentujący Blue Magic (przybliżę niedługo na blogu), Ted Mills. wszyscy trzej prężnie działali głównie w latach siedemdziesiątych, wnosząc na wysoki artystyczny poziom muzykę soul, by w 2007 spotkać się na wspólnym albumie-ciekawostce, pełnym udanych reinterpretacji znanych numerów. tutaj na przykład klasyk od Earth, Wind & Fire. album się nazywa "All The Way From Philadelphia", jak kogoś interesuje sprawdzenie jego zacnej całości

3 Tenors Of Soul - Fantasy (2007)

niedziela, 27 marca 2011

cheryl lynn - nothing you say

zastój się zrobił, tak więc oto szybki taktyczny post na przypomnienie o sobie... i oczywiście na przypomnienie kolejnego artysty. Cheryl dla wielu zapewne jest autorką jednego przeboju, ewentualnie jednego albumu - mówię o mega znanym "Got To be Real" i o krążku zatytułowanym imieniem i nazwiskiem piosenkarki. numer przedstawiania nie wymaga, a albumu jak nie znacie to gorąco polecam sprawdzić. kawał funkującego rhythm and bluesa dopasowujący się do obrastającej w popularność wtedy muzyki disco. prezentuję numer z tejże debiutanckiej płyty, inny niż ten który każdy zna. numer, który osobiście uznałem za najciekawszy moment tego materiału. to na tyle na razie i nie obiecuję szybko kolejnego wpisu. ale jednocześnie nie wykluczam, rozumicie

Cheryl Lynn - Nothing You Say (1978)

niedziela, 20 marca 2011

nate dogg - bag o'weed

15 marca odszedł od nas Nate Dogg, legenda g-funku.. kto go znał i cenił jego utwory i refreny w rapowych numerach, już i tak wie o tej wielkiej stracie. notka na moim blogu jednak musi być obecna, gdyż jego wokal był mi bliski od samych początków miłości do czarnej muzyki. niepowtarzalny głos, mnóstwo niezapomnianych kolaboracji, do tego lekko niedoceniona solowa kariera, pełna luzackich utworów o hedonistycznym, lecz nie zawadzającym nikomu stylu życia. oprócz tego niezły dowcipniś, kto widział odcinek amerykańskiego "Najsłabszego Ogniwa" z hiphopowcami, ten wie. niby od dawna wiedzieliśmy o jego udarach, słabym i uniemożliwiającym prawie powrót do muzyki stanie, lecz nie przeszkodziło mi to w przeżyciu szoku parę dni temu na myśl, że go nie ma i teraz już na pewno nigdy więcej nie usłyszymy tego głosu. specjalnie dla tych, którzy tutaj zaglądają i nie siedzą w hip hopie za dobrze - numer "Bag O'Weed" z dwupłytowego wydawnictwa "G-Funk Classics",  będący esencją muzyki Nate'a w pigułce

poniedziałek, 14 marca 2011

stevie wonder - light my fire

Stevie zawsze mile jest widziany na moim blogu, więc oto znowu się pojawia. trochę w związku z moim najnowszym zakupem winylowym - dorwałem na aukcji ostatnio album "My Cherie Amour". album zawierający oczywiście utwór o tym samym tytule, będący jednym z pierwszych mega przebojów artysty i zwiastunem rewolucji w jego muzyce, która zaowocowała serią klasycznych wydawnictw, z moim ukochanym "Songs In The Key Of Life" na czele. ale wróćmy do mojego nabytku nowego, bo to też wart uwagi materiał. nagraniem z tej płyty, które może zainteresować Was, jest cover "Light My Fire" - nie trzeba chyba pisać czyjego autorstwa oryginalnie. uwielbiam pierwotną wersję i ten cover (czy może raczej radosna, funkująca reinterpretacja) się nie umywa. no ale swoje walory ma, jest odjechany na swój sposób i dlatego właśnie go prezentuję

sobota, 12 marca 2011

full force - unselfish lover

ale zawiódł mnie wczoraj ten Grandmaster Flash, mówię Wam. nic ciekawego nie zagrał, dużo nieciekawego (bo każdym znanego) zagrał. ja głupi liczyłem na podróż w głębiny lat osiemdziesiątych, poznawanie nieznanych mi wcześniej utworów, usłyszenie tych mi znanych w warunkach klubowych, nic z tych rzeczy. trudno, zostaje mi dalej poszukiwać samemu tego co dobre. dzisiaj na tapetę poszło Full Force - grupa r&b z oldschool rapowymi fundamentami. w przeciwieństwie do nazwy zespołu nie mam pełnej siły i nie chce mi się rozpisywać dzisiaj, tak mnie ten GMF osłabił. oto jeden z utworów zespołu z debiutanckiego albumu, oparty na bardzo znanym breaku, bo każdy chyba słynne bębny z "The Big Beat" zna i kocha

Full Force - Unselfish Lover (1985)

czwartek, 10 marca 2011

grandmaster flash & the furious five - scorpio

im bardziej zagłębiam się w otchłanie nieznanych mi przez długie lata gatunków muzycznych, tym mniej istotny staje się dla mnie w jakiś sposób hip hop, na którym generalnie to się wychowałem. łapię się zatem różnych sposobów, by kompletnie od niego nie odpłynąć, stąd jutro obecny będę na występie legendarnego Grandmastera Flasha w warszawskim Butiklubie. ciekaw jestem, jak tam będzie nam grał, czy razem z nim wystąpią rapujący dziadkowie The Furious Five wykonujący "The Message"... będę przede wszystkim zadowolony z samego faktu pojawienia się tam i oddania hołdu jednemu z pionierów hip hopu. śpieszmy się doceniać tych co to zapoczątkowali gatunek i róbmy to w każdej chwili, nie przypominajmy sobie o Kool Hercu dopiero w momencie gdy dowiadujemy się o jego ciężkim stanie zdrowia. tym bardziej, że to są to także bardzo ważne osiągnięcia muzyki lat osiemdziesiątych. poniżej oczywiście download, utwór z tego samego klasycznego albumu, na którym wytłoczone zostało wspomniane "The Message"

niedziela, 6 marca 2011

mfsb - t.s.o.p. (the sound of philadelphia)

 
dzisiaj ponownie Philly. Sweet Philly. "T.S.O.P. (The Sound Of Philadelphia)" to następny, mocno klasyczny, filadelfijski utwór, który zasłynął jako czołówka "Soul Train" - kultowego programu telewizyjnego, który przez 35 lat istnienia rozsławiał w Stanach Zjednoczonych r&b, funk, soul, później i hip hop. programu już od paru lat nie ma (za to wciąż organizowane są Soul Train Music Awards), no ale nie będziemy rozpaczać - muzyka soul swoje najlepsze czasy na pewno ma za sobą, a dostępne archiwalne materiały i tak już stanowią biblię czarnej muzyki. no dobra, ale czym jest zatem MFSB? to skrót od "Mother Father Sister Brother" - nazwa kolektywu zrzeszającego muzyków, którzy przez lata produkowali i wspierali tamtejszą scenę. The O'Jays, The Stylistics, The Blue Notes... można tak sobie wymieniać wszystkie filadelfijskie grupy, które sponsorowane były przez literki M, F, S, oraz B