poniedziałek, 9 maja 2011

smokey robinson and the miracles - going to a go-go

z muzyką Motown Records, tą z lat sześćdziesiątych, problem jest taki (tzn dla mnie problemu nie ma, ale domyślam się, że dla wielu niesiedzących w temacie ludzi on istnieje) że te wszystkie hity, albumy, piosenki na tych albumach są bardzo podobne. The Funk Brothers, Lamont Dozier i inni taśmowo tworzyli przeboje, gwiazdy w ulic Detroit (głównie) wykonywały pod te kompozycje podobne piosenki, koniecznie ze słowem "love" w tytule. nie ma co się okłamywać że tak nie jest, ale i tak kocham tą wytwórnię i cały nurt wokół niej powstały. no i co by nie było, to i tak dużo wyjątków od reguły było. tak jak pan Smokey ze swoim zespołem, co zamiast nagrywać kolejne "love coś tam" zabiera nas na dobry melanż w miejscu, które ostanio znalazł na mieście. też bym tam wpadł, najlepiej właśnie w akompaniamencie "Going To A Go-Go"

Smokey Robinson And The Miracles - Going To A Go-Go (1965)

niedziela, 8 maja 2011

the whatnauts - help is on the way

The Whatnauts to soulowa grupa z Baltimore, Maryland. w sumie to jedna z dwóch grup (druga to Jimmy Briscoe & The Beavers), jakie kojarzę w ogóle z tym miastem i stanem. zresztą ktokolwiek coś kojarzy ze stanem Maryland? nawet drużyny koszykarskiej nie mają... ale zostańmy przy muzyce i przy Whatnautach. na początku lat siedemdziesiątych wydali trzy albumy ze znanymi utworami jak "Message To A Black Man" albo "I'll Erase Away Your Pain". potem jakby przestali istnieć i po dziesięciu latach, ni z tego ni z owego, zaatakowali zupełnie odmiennym klimatycznie (disco-funkowym) przebojem "Help Is On The Way". do ściągnięcia poniżej. wrzucam go, gdyż ma związek z gwiazdami wczorajszego dnia imprezy Warsaw Challenge - De La Soul, którzy samplowali to w utworze "Ring Ring Ring". a występ był konkretny, tak swoją drogą

czwartek, 5 maja 2011

prince - it's gonna be lonely

wpis w ramach uczczenia wspaniałej dzisiejszej nowiny - Prince zagra w Polsce! a konkretnie na tegorocznym Openerze. o ile dotychczasowy line up festiwalu mnie nie satysfakcjonował (Boi Boi z Outkastu to za mało by mnie tam ściągnąć), to Książę jest kimś, kogo muszę zobaczyć na żywo, nieważne gdzie, nieważne kiedy, nieważne za ile. dlatego na sto procent jadę do Gdyni za dwa miesiące, przynajmniej na ten jeden dzień w którym Prince zagra. o tej samej porze ma wystąpić Big Boi niestety, nie pomyśleli organizatorzy do końca. ale i tak jestem im wdzięczny za możliwość spełnienia jednego z moich największych marzeń koncertowych. no to teraz utwór jakiś, jeden z moich faworytów, numer z tych mniej znanych, pochodzący z drugiego albumu Księcia, czyli z bardzo już dawnych czasów

środa, 4 maja 2011

blue magic - stop to start

pisząc niedawno o grupie 3 Tenors Of Soul obiecałem wspomnieć więcej o najmniej znanej jednej trzeciej tego tria. chodzi o Teda Millsa i jego zespół. no to tak szybko w telegraficznej formie: grupa muzyczna powstała w roku 1972 w Filadelfii STOP założona została przez wspomnianego pana Millsa i przez byłego członka The Delfonics - Randy'ego Caina STOP grała muzykę soul specyficzną dla tego rejonu Stanów i godną tego pochodzenia STOP w 1974 wydali debiutancki album nazwany po prostu "Blue Magic" STOP to najważniejsze prawdopodobnie wydawnictwo grupy STOP niejedyne warte uwagi STOP ze wspomnianego debiutu pochodzi największy przebój grupy "Sideshow", oraz "Stop To Start" STOP (TO START) "Stop To Start" załączyłem do wiadomości i rekomenduje sprawdzenie tego to załącznika

Blue Magic - Stop To Start (1974)

piątek, 29 kwietnia 2011

mel & tim - forever in a day

Mel & Tim to nie jest żadna reżyserska kolaboracja Gibsona i Burtona w celu stworzenia Pasji Edwarda Nożycorękiego", albo "Walecznego Soku z Żuka", ale duet dwójki kuzynów z Holly Springs, Mississippi. stamtąd Mel Hardin i Tim McPherson pochodzą, ale karierę rozkręcili w Chicago, pod okiem Gene'a Chandlera - ważniaka jeśli chodzi o tamtejszy soul. da się w sumie wyczuć te wojaże w ich muzyce - brzmi ona właśnie jak konfrontacja ciepłego Chicagowskiego brzmienia spod ręki Curtisa Mayfielda z południowym, staxowskim soulem. wytwórnia Stax Records była zresztą jednym z przystanków ich (małej, bo 3-płytowej) podróży. wydali w niej drugi album - "Starting All Over Again", najlepszy podobno (podobno, gdyż nie udało mi się jeszcze dorwać ich ostatniego wydawnictwa, by samemu się przekonać). a o to mój ulubiony moment tego nagrania

środa, 27 kwietnia 2011

mtume - ready for your love

"it was all the dream, I used to read Word Up magazine" - te słowa rzucają się na usta (albo raczej na myśl, no bo przecież, że ich nie artykułuję do siebie) gdy słucham największego przeboju Mtume, czyli "Juicy Fruit" z albumu o tej samej nazwie. to w oparciu o ten utwór Puffy zrobił (zrobił?! zapętlił bezczelnie) podkład dla Notoriousa B.I.G., który nagrał pod to "Juicy" - najsłynniejszy rapowy numer z cyklu "back in the days", mający obecnie status absolutnego klasyka hip hopu. oryginał absolutnym klasykiem r&b nie jest raczej, ale nie sposób nie docenić wokalu Tawathy Agee, basu, no i perkusji Jamesa Mtume (widać po nazwisku kto rządził w zespole, swoją drogą koleś był w latach 70 perkusistą samego u Milesa Davida). pod wpisem zamieszczam inny utwór z tego samego albumu grupy, ale porównywalnie dobry. ta sama liga jeśli chodzi o hipnotyzowanie genialną linią basową...

niedziela, 24 kwietnia 2011

heatwave - ain't no half steppin'

wesołych trwających świąt! nie rozpisuje się życzeniowo, tak samo jak nie wrzucam żadnego wielkanocnego utworu muzycznego (bo takowych w klimatach "Chojnito's Way" niestety nie znam). jedziemy do przodu z kolejnymi mało znanymi artystami. Heatwave to zespół, który mi się wydawał zupełnie anonimowy, dopóki nie usłyszałem prezentowanego dziś utworu z ich debiutanckiego albumu ("Too Hot To Handle"). to jest dokładnie to samo "Ain't No Half Steppin'", do którego Big Daddy Kane nawiązał w klasycznym numerze o takiej samej nazwie. i nie tylko on, bo jeszcze parę razy słyszałem ten refren w rapie. zapoznajcie się wiec z oryginalnym wykonaniem tego międzynarodowego bandu - Amerykanin na wokalu, Jamajczyk na gitarze, Anglik na klawiszach, Czechosłowak (nie dotarłem do info, czy bardziej z niego Czech czy Słowak) na bębnach i Szwajcar na basie. nie czuć, żeby ten miks narodowości wpływał jakkolwiek na brzmienie funku Heatwave, więc tylko ciekawostka taka, zespół niezły w każdym razie

Heatwave - Ain't No Half Steppin' (1977)

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

the human body - truth be known

The Human Body to jedna z nazw grupy stworzonej przez Rogera Troutmana z rodzinką, zanim stała się szeroko znana jako Zapp. skład ten sam praktycznie, brzmienie za to nie do końca takie z jakiego ich znamy. nie powinno to dziwić w sumie, w końcu 1976 to nie lata osiemdziesiąte, jest zatem znacznie bardziej organicznie. firmowy talk box się pojawia również, ale jako urozmaicenie, nie esencja ich muzyki. nagranie to nie zapisało się w historii funku, ale za to zostało zauważone przez George'a Clintona, który pozwolił grupie wybić się u jego boku. stąd wspólne koncerty i gościnny udział Rogera Troutmana na albumie "Electric Spanking On War Babies" Funkadelic. dalej wiadomo, Clinton z ekipą opuszczają Warner Bros Records, a ich miejsce zastępuje nowa funk-machina - Zapp (i z czasem też Roger solo), z takim przebojami jak "More Bounce To The Ounce", "So Ruff" i "Computer Love". posłuchajcie ich jeszcze jako The Human Body, bo wiadomo, mniej znane nie znaczy przecież gorsze

niedziela, 17 kwietnia 2011

yvonne fair - love ain't no toy

Yvonne Fair (Sprawiedliwa Iwonka?) to następna świetna, aczkolwiek zapomniana, wokalistka Motownu. za sprawą światowej koncertowej kampanii wytwórni zrobiła furorę na scenach w Europie, Australii, Azji, ale nie we własnym kraju. Miller London, ówczesny wicedyrektor Motownu tłumaczy w dołączonej do reedycji jej jedynego albumu biografii, że "The Bitch Is Black" niefortunnie nie ukazało prawdziwego potencjału artystki. ja pytam jaki ten jej potencjał był, skoro już sam ten album mnie powalił? Yvonne to silna, pewna siebie na scenie i na mikrofonie kobita, mająca muzyczne wparcie wielkiego producenta, Normana Whitfileda. do tego kilka mocnych coverów, polecam ten album bardzo. no i na dodatek ten tytuł (inspirowany ówczesną modą na to słowo "bitch", patrz: "Who Is This Bitch, Anyway?" Marleny Shaw, "The Bitch Is Black" Eltona Johna) i najbardziej pikantna w historii wytwórni okładka. nie wiem jak to się nie stało klasyką

Yvonne Fair - Love Ain't No Toy (1975)

sobota, 16 kwietnia 2011

garry shider - crazy bout you

ciąg dalszy rozbierania na kawałki kolektywu Parliament/Funkadelic. dzisiaj rozbieramy aż do samej pieluchy, w której to na scenie prezentował się zwykle Garry Shider, kolejny fundament zespołu. był w końcu ucieleśnieniem Gwiezdnego Dziecka - postaci, która według mitologii Parliamentu miała zbawić ludzkość przed niefunkowością, przed Sirem Nosem D'Voidoffunkiem i jego Syndromem Placebo. swoją powinność spełniał również na płytach Funkadelic, to on w "One Nation Under A Groove" śpiewał o szansie na wytańczenie wyjścia z naszych uciśnień. niestety opuścił na zawsze naszą planetę w czerwcu ubiegłego roku, dziś mi się przypomniał gdy słuchałem nowego albumu DJ'a Quika, na którym mamy jego gościnny występ w finałowym utworze. dotarłem dziś również do jego skromnego solowego dorobku, oto jeden z utworów z wydanego w 2002 roku mini albumu "Diaperman: The Second Coming". za mocny p-funk, na wszelki wypadek przyodziejcie w hołdzie pieluchy

Garry Shider - Crazy Bout You (2002)