
znakomity debiut w 1999 roku zaskakujący świeżością i pokręconym klimatem. dwie następne płyty przebijające pierwszy krążek pod prawie każdym względem. w międzyczasie dwa niezłe albumy z własną grupą, Oscar za utwór do filmu opartego na jego własnej biografii. masa cholernie udanych gościnnych występów. po średnio udanym czwartym albumie pięcioletnia przerwa w twórczości, spowodowana ciężkim epizodem w życiu rapera. powrót w zeszłym roku bardzo znośnym krążkiem. no i wreszcie "Recovery" - wydawnictwo, które stawia kropkę po zdaniu "Eminem jest żywą legendą hip hopu". a nawet wykrzyknik!
raper poddał swój styl filtracji. odrzucił to co zbędne - dziecinne nabijanie się z gwiazdeczek popu, irytujące wielu fanów pseudoorientalne flow, pojazdy po matce. to co pozostało, to czysta esencja Eminema - agresywna, pełna energii nawijka, technika deklasująca praktycznie całą mainstreamową scenę, kilogramy bezczelnego, czarnego humoru. bezlitosne braggadoccio, przy którym każdy "liryczny morderca - samozwaniec" może co najwyżej zatłuc komara gazetą. z drugiej strony dużo szczerych wyznań, dotyczących między innymi wspomnianego we wstępie ciężkiego okresu dla muzyka. przeprasza na przykład fanów za średnio udane poprzednie dwa krążki, albo opowiada jaka niezdrowa zazdrość przez niego przemawiała, gdy Lil' Wayne i Kanye West zaczęli zastępować jego miejsce na szczytach list przebojów. do tego dużo o kobietach, szczególnie o tej dla niego najważniejszej - byłej żonie i matce jego córki, Kim. tym razem nie nawija o wyrzucaniu jej zwłok do jeziora, ale o tym że poważnie chce naprawić dawne błędy i odbudować komórkę rodzinną. warto zaznaczyć, że nawet w takich numerach nie przeistacza się w ciepłą kluchę, nic nie traci na swojej elokwencji i pewności siebie
oprócz pewnej lirycznej rewolucji jest też rewolucja muzyczna. Eminem rezygnuję z konwencji, według której sam na spółkę z Dr. Dre ogarnia produkcję i zaprosił między innymi Just Blaze'a, Jima Jonsina, DJ'a Khalila i Boi-1dę. wyszło doskonale, bardzo ucieszyła mnie możliwość usłyszenia Marshalla na innych podkładach, niż jedynie sterylna, minimalistyczna robota Doktorka (jak było na "Relapse"). mamy zatem mocne gitarowe riffy, naleciałości z południa (które generalnie nie powinny przeszkadzać w odbiorze płyty przeciwnikom Dirty Southu), czy zaskakujące pozytywnie pomysły Just Blaze'a - a takim na pewno jest samplowanie klasyki podstawówkowych potańcówek, to znaczy "What Is Love" Haddawaya (perfekcyjna zwrotka Lil' Wayne'a w utworze z tym samplem - nie mogłem o tym nie wspomnieć w recenzji)
czego brakuje do ideału? w sumie nie wiem, ale mogę powiedzieć czego jest za dużo. sporo jest tutaj średnio udanych śpiewanych refrenów. nie mówię tutaj o mistrzowsko dobranych występach nijakiego Kobe, Pink i Rihanny (!), ale o tych anonimowych, niezaznaczonych na trackliście. nie za dobrze śpiewa też sam Eminem. szczególnie razi to w utworze poświęconym pamięci Proofa z D-12 - upamiętniające zmarłego przyjaciela zwrotki są doskonałe, wokal między nimi delikatnie bezcześci końcowy efekt
na zakończenie recenzji nie wiem co napisać, ponad powtórzenie tezy o oficjalnym zatwierdzeniu Marshalla Mathersa jako legendu gatunku. pozostaje polecić ten album wszystkim, szczególnie tym którzy wypięli się na rapera po tym, jak minęły czasy jego świetności. okazuje się, że świetność powróciła...
9/10