The Pharaohs, to funkowo-jazzowa grupa (ale z tych, których muzykę nazwiemy bardziej funkiem z elementami jazzu niż na odwrót) założona w latach sześćdziesiątych w Chicago. z nazwisk muzyków zaangażowanych w ten projekt najwięcej mówiącym jest Maurice White, czyli późniejszy lider bardziej popularnego Earth, Wind & Fire. choć w obu grupach współpracował z zupełnie innymi muzykami, da się poczuć spore podobieństwo brzmieniowe. podobne inspiracje jazzowo-latynoskie, podobne instrumentarium, podobnie duża uwaga przykuta to sekcji dęciaków. utwór który prezentuję poniżej tak się zaczyna, że od razu mi się kojarzy z którymś z numerów na albumie "Spirit" Earth, Wind & Fire. no i nie trudno w obu przypadkach zauważyć fascynacje starożytnym Egiptem, przenoszoną na okładki płyt. zresztą czym się ci wariaci nie fascynowali, miłośnicy Iluminatów i innych tego typu bzdur muszą uwielbiać ten zespół za graficzną oprawę wydawnictw
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jazz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jazz. Pokaż wszystkie posty
piątek, 27 maja 2011
czwartek, 10 lutego 2011
fred wesley and the horny horns - a blow for me, a toot for you
Fred Wesley. nie ma chyba bardziej zasłużonego puzonisty dla historii funku. grał również jazzowo, na przykład w orkiestrze Williama "Counta" Basie, no ale bardziej pamiętamy go za inne opcje. choćby za wieloletnią współpracę z ojcem chrzestym funku, Jamesem Brownem. za poznanie wówczas Maceo Parkera, z którym grał potem w ramach The Maceo Parker Bandu. wreszcie za dołączenie do wesołej gromady Parliament-Funkadelic, gdzie razem z własnym zespołem (The Horny Horns, świetna nazwa) zapewniali sekcje dęte w wielu p-funkowych przebojach. później też zdarzyło mu się na przykład wesprzeć najbardziej znanych obecnie spadkobierców funk-rockowego grania, czyli Red Hot Chili Peppers. ale wróćmy do Horny Hornsów, z którymi nagrał trzy albumy. oto tytułowy track z debiutu, czyli z wydanego w 1977 "A Blow For Me, A Toot For You" - tak, kolejna świetna nazwa. kawał pięknego funku z dęciakami grającymi pierwsze skrzypce (hmmm) - czyli to co lubimy najbardziej, albo nie wiemy, że tak to lubimy
środa, 17 listopada 2010
manu dibango - soul makossa

Manu Dibango to pochodzący z Kamerunu saksofonista (i wibrafonista też podobno), podejrzany o zakorzenienie w naszych uszach muzyki disco. jego pierwszy przebój (i jedyny w sumie będący przebojem na taką konkretną skalę), "Soul Makossa", torpeduje nas serią nie do zbicia dowodów, że faktycznie tak jest. klasyk, ale zapomniany raczej. jeśli gdzieś pamięć o tym żyje to głównie dzięki licznym nawiązaniom ze strony późniejszych muzyków: sampli, breaków, zapożyczeń tekstowych (refren chyba kojarzymy dobrze i wiemy raczej skąd, prawda?). miłego odsłuchu, rozpisywać mi się dzisiaj nie chce, jakoś tak no
Manu Dibango - Soul Makossa (1972)
piątek, 29 października 2010
caesar frazier - funk it down

Caesar Frazier to organista/pianista z Indianapolis, podopieczny saksofonisty jazzowego Lou Donaldsona. sam jednak stricte jazzem się nie zajmował, nagrał za to trzy albumy stanowiące bardzo udaną fuzję jazzu z funkiem. tylko trzy niestety, jego kariera zeszła na inne trochę tory, to znaczy wkroczył w niewąsko pojęte media - jako dziennikarz, dyrektor muzyczny jednej ze znanych amerykańskich jazzowych rozgłośni, a później nawet jako realizator programów telewizyjnych. od muzyki zupełnie do końca nie uciekał i my też nie uciekajmy. wsłuchajmy się w nagranie z jego drugiego albumu, zatytułowanego po prostu "75". "Funk It Down" to podręcznikowy przykład połączenia dwóch wspomnianych gatunków dającego piorunujący efekt. i do tego sampel znany z użycia przez DJ'a Premiera w "Ex Girl To The Next Girl". to zresztą nie jedyny znany mi motyw jaki udało mi się rozpoznać na tym albumie Caesara. swoją drogą ciekawe, że na okładkach swoich albumów podpisywany był raz jako "Caesar", a inny raz jako "Ceasar" - zamienne to jest czy co?
sobota, 4 września 2010
the mar-keys - last night

historia muzyki z Memphis, część druga. The Mar-Keys to grupa, która zaistniała wcześniej niż The Bar-Kays, wiemy już zatem kto się kim inspirował. a zaistnieli w 1961 roku singlem "Last Night", który był pierwszym tak udanym wydawnictwem wytwórni Satellite Records, że wykroczył on popularnością poza granice stanu Tennessee. okazało się wtedy przy okazji, że w Stanach już istniało jedno Satellite Records, było trzeba w związku z tym zmienić nazwę. tak właśnie powstała marka Stax Records - jedna z najlepiej kojarzonych na soulowo-bluesowej mapie USA. samo The Bar-Keys w historii muzyki się tak nie utrwaliło, no i nie wątpię, że są kojarzeni wyłącznie z utworem poniżej. ewentualnie z tym, że na samym początku przez grupę przewinął się jako instrumentalista sam Isaac Hayes - nie wiem czy przypadkiem tutaj właśnie nie udziela się na organach
środa, 30 czerwca 2010
stevie wonder - on the sunny side of the street

wakacje nareszcie nadeszły. żadnych egzaminów, zdecydowana redukcja problemów... i takie tam i takie tam. liczę, że wśród tysiąca rozwiązań na wykorzystanie wolnego czasu znajdę czas na częste wpisy, przynajmniej bardziej regularne niż w tym miesiącu i poprzednim. przechodząc szybko do rzeczy, posłuchajcie sobie standardu jazzowego z wokalem trzynastoletniego Steviego Wondera, zdolny chłopak z niego już wtedy był. utwór z albumu "With A Song In my Heart" z 1963, gdzie znajduje się też wiele innych interpretacji klasycznych utworów ("Smile", "When You Wish Upon A Star", "Get Happy"). klasycznych z jego perspektywy wówczas, z naszej perspektywy to klasyki do kwadratu w sumie, rozumiecie
sobota, 27 marca 2010
sylvia striplin - you can't turn me away

nie trzeba chyba pisać ludziom choć trochę zainteresowanych współczesnym soulem, że ostatnio premierę miał najnowszy album Eryki Badu, "New Amerykah Part Two (Return Of The Ankh)". po wstępnym zapoznaniu to bardzo dobra pozycja, nawiązująca brzmieniowo do ciepłego neo-soulu z "Baduizm", niż do eksperymentów z poprzedniej płyty. na zasadzie tego, ze najlepiej słucha się tego co znane, najmocniej "rzucił mi się uszy" numer "Turn Me Away (Get Munny)". jest to oczywiste nawiązanie do przeboju Junior M.A.F.I.I. z Notoriousem B.I.G. ("Get Money"), ale przede wszystkim do źródła sampla - utworu Sylvii Striplin, który dzisiaj prezentuję. trzeba przyznać, ze zarówno wersja oryginalna jak i wersja Eryki są podobne pod wieloma względami - i obie świetne. nieśmiertelność tej piosence pomógł zapewnić producent utworu, jak i całej płyty Sylvii ("Give Me Your Love") - sam Roy Ayers
wtorek, 16 lutego 2010
roy ayers - everybody loves the sunshine

"Just bees and thing and the flowers." "My life, my life, my life in the sunshine." tak mniej więcej prezentuje się treść jednego z tych większych hitów Roya Ayersa, którego umiejętności na wibrafonie i nie tylko na nim prezentowałem już wcześniej (klik). treść tą docenia się choćby patrząc ostatnio za okno i widząc jak śnieg nie zamierza przestać padać (wiem, że kalendarzowa zima w pełni, ale ile można). światło słoneczne wszyscy kochają, wiadomo że wpływa pozytywnie na psychikę człowieka i na syntezę cholekalcyferolu regulującego gospodarkę wapniowo-forforową w organizmie. "Everybody Loves The Sunshine" ma działanie podobne, znaczy mówię tylko o tym wpływie na samopoczucie
sobota, 13 lutego 2010
the blackbyrds - the runaway

cenię jazz, choć praktycznie go nie znam. słyszałem jedynie kilka albumów-standardów i na tym koniec (oczywiście zamierzam ten stan zmienić, ale kiedy to się stanie to zobaczymy...). jednak stale z tym gatunkiem obcuję - jak nie w postaci sampli w hiphopowych utworach, to słuchając choćby funkowych nagrań, z których wiele intenstywnie lub mniej intensywnie łączyło w sobie elementy jazzu
dobrym przykładem takiej fuzji jest zespół The Blacbyrds. założony został przez dobrze znanego znawcom jazzu trębacza Donalda Byrda (zaskoczeniem nie będzie fakt, że właśnie jego można zobaczyć na zdjęciu powyżej) w 1973 roku. pozostałymi członkami zespołu byli jego najlepsi studenci z Howard University. już w tym samym roku wydali debiutancki album, z którego utwór prezentuję poniżej
czwartek, 11 lutego 2010
fela kuti - sorrow, tears and blood

Fela Kuti - urodzony w Nigerii, działacz na rzecz praw człowieka w Afryce. no i oczywiście na rzecz muzyki, w ramach tej działalności stworzył gatunek muzyczny znany jako afrobeat. na brzmienie to składają się tradycje plemienia nigeryjskiego Joruba, funkowa pulsacja, jazzowa idea improwizacji, oraz mocne przesłanie związane z problemami Trzeciego Świata. prezentowany utwór wszystko doskonale oddaje, zapraszam do sprawdzenia jak to właściwie brzmi i co za moc sprawiła, że Fela Kuti znalazł potem wielu muzycznych naśladowców na całym świecie. chociaż i tak najważniejszymi spadkobiercami brzmienia są jego dwaj synowie (Femi i Seun), ale o nich kiedy indziej
Fela Kuti - Sorrow, Tears and Blood (1977)
niedziela, 3 stycznia 2010
funk, inc. - sister janie

jakieś przypuszczenia co do gatunku muzycznego uprawianego przez grupę o takiej nazwie? rzecz prosta i jasna, natomiast nie zależy zapominać o naleciałościach z jazzu i momentami twórczości bardziej podchodzącej pod muzykę duszy (że tak nazwę wiadomo co). żeby wyrazić to o czym mówię, to znaczy chociaż to, jak funk dobrze współgra z jazzem i na odwrót, wybrałem najbardziej reprezentatywny pod tym kątem utwór z debiutu (po prostu "Funk, Inc.") i zapraszam do odsłuchu. bo nie ma co mówić więcej, sprawdźcie czym brzmiało prawie czterdzieści lat temu Indianapolis
Funk, Inc. - Sister Janie (1971)
sobota, 5 grudnia 2009
gil scott-heron - home is where the hatred is
Gil Scott-Heron - nie mylcie ani z ikoną neo soulu, ani z turbiną parową ze starożytności. Kojarzcie z wyjątkową muzyką będąca złotym środkiem między jazzem i soulem, oraz poezją. jego zaangażowane recytowane teksty np do "The Revolution Will Not Be Televised", są powszechnie uznane za protoplastę "świadomego hip hopu". dla mnie ogromnie ważny artysta, a jego album "Pieces Of A Man" - jedna z najlepszych rzeczy jakie trafiły w życiu do mojego odtwarzacza. mógłbym tu klasycznie rzec "mam to na winylcu" i tak jest własnie. mógłbym więc też zrobić sobie zdjęcie jak trzymam okladkę przed swoją twarzą, przez co wygląda to jakbym ja miał twarz herona, ale to jest zbyt kliszej, tjuszej i sakreble ulala, no więc nie.z tej to płyty właśnie pochodzi "Home Is Where The Hatred Is" - opowieść o odcinaniu się od tego co minęło i było złe, o nie zawracaniu. to pozytywny numer, ale tylko jak dobrze spojrzymy przez pryzmat jego negatywnej dosłowności (whoa!). "Home was once an empty vacuum, that's filled now with my silent screams" - w połączeniu z niebanalnym wokalem muzyka, dreszcze macie gwarantowane przy wielu odsłuchaniach, słowo
Gil Scott-Heron - Home Is Where The Hatred Is (1971)
piątek, 4 grudnia 2009
roy ayers - we live in brooklyn, baby
mówiąc o Royu Ayersie, szalonym wibrafoniście z dyskografią prawie tak obszerną jak cala polska fonografia, wspomnieć powinno się o jego największych przebojach, takich jak np "Running Away". powinno się powiedzieć o soundtracku do "Coffy" (klasyk kina blaxploitation, historia laski z afro i z żyletkami w tym afro, a czasem też z shotgunem, ale nie w afro tylko w rękach). powinno się powiedzieć o ogromnym natężeniu pozytywnych emocji (or something gay like that) płynących choćby z mistrzowskiego "Everybody Loves The Sunshine". w tym momencie mówię "stop", bo chcę przedstawić coś zupełnie innego - bardziej mrocznego, psychodelicznego, dziwnego no. "We Live In Brooklyn Baby" pochodzi z płyty "He's Coming" i jest mocnym utworem. na jego klimat składa się intrygujący główny motyw, zawsze interesujące brzmienie wibrafonu oraz hipnotyzujący, tajemniczy wokal Roya (aż słuchasz i boisz się że nocą na ulicy dopadnie Cię pan w kapeluszu okularach i śmiertelnie pobije pałeczkami do wibrafonu). razem z idealną na pętle perkusją numer ten wpisuje się w kanon samplingu w hip hopie. zarówno w tym nowojorskim jak i bardzo nie nowojorskim - myślę tutaj oczywiście o Kalifornii, która "my żyjemy na Brookynie bejbe", przerobiła na własne "my żyjemy w Long Beach bejbe" ("Our Time Is Now" RBX'a - w sumie coverem Ayersa bym to nazwał, ale nie wiem). w każdym razie, bądź co bądź, link jest na dole bejbe, wiem, że chcesz na niego kliknąć bejbe
Roy Ayers - We Lve In Brooklyn, Baby (1972)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

