poniedziałek, 4 lipca 2011

WE LOVE PRINCE

obiecałem po powrocie z tegorocznego Openera napisać relację z występu Prince'a, niestety nie jestem w stanie się zebrać do napisania czegoś konkretnego z powodu totalnego braku słów. zawsze wspominałem występ George'a Clintona (bardzo zbliżonego muzycznie do twórczości Księcia zresztą) w Warszawie jako najlepszy na jakim byłem, teraz mogę mówić że byłem na dwóch koncertach życia. ciągle doskonały wokal na żywo, świetny zespół z trójką genialnych wokalistek i z szalonym klawiszowcem na czele, powalające wykonania wszystkich największych przebojów (i nie tylko swoich), kilka bisów, znakomity kontakt z tak obcą mu publiką, dalej mógłbym tak pisać, ale zabraknie mi przymiotników do określania czystej zajebistości każdej składowej tego koncertu, ponad dwóch godzin pięknego, funk rockowego grania. i chyba własnie jedyną wadą koncertu było, że... mógł być jeszcze dłuższy. no co? 2h to powinna być norma, a nie godzinka z hakiem i "goodbye Poland". w każdym razie: kolejne moje muzyczne marzenie się spełniło.
no i wracam po przerwie do regularnego pisania na moim blogu, do usłyszenia (czy tam do poczytania)

czwartek, 9 czerwca 2011

chojnito's way poleca #4

brakuje mi ostatnio zajawki na prowadzenie bloga, zatem ogłaszam oficjalnie przerwę. potrwa ona gdzieś do początku lipca, wtedy oto powrócę - razem z relacją z koncertu Prince'a na Openerze. z okazji takiej przerwy, oraz z okazji zbliżającej się połowy roku 2011, małe podsumowanie. po prostu piątka albumów, których najprzyjemniej mi się słuchało, się słucha i słuchać się będzie przez zbliżające się wakacje. zaznaczam, że jest to podsumowanie tego co słyszałem, a trochę mi się przegapiło. na przykład w tej chwili słucham albumu "21" brytyjskiej piosenkarki Adele i wiem, że zasługuje ona na miejsce w tym małym rankingu,  ale szczerze to nie chce mi się zbierać w tej chwili słów na temat jej muzyki. zostaje mi po prostu ją polecić, tak samo jak piąteczkę poniżej:

piątek, 3 czerwca 2011

graham central station - sneaky freak

pierwszym czerwcowym wpisem nawiążę do dobrze wszystkim znanej grupy Sly & The Family Stone, ale nie będzie bezpośrednio o niej. nie będzie o jej ekscentrycznym liderze, a o innym bardzo ważnym członku. Larry Graham był basistą zesołu (swoją drogą zapisał się w historii muzyki jako wynalazca techniki slappingu - gry kciukiem na gitarze basowej, stał się dzięki temu ojcem stylów Bootsy'ego Collinsa, Marcusa Millera, albo Flea z RHCP), możliwe że i coś tam zaśpiewał czasem do mikrofonu. uczestniczył w najważniejszych nagraniach grupy i w zasadzie jego odejście było końcem złotej epoki Sly & The Family Stone. w muzyce, jak w przyrodzie, nic nie ginie, Larry założył wtedy własny band - Graham Central Station i nagrał w jej ramach parę niezłych albumów z takimi bujaczami jak "Sneaky Freak" właśnie

niedziela, 29 maja 2011

gil scott-heron - whitey on the moon

Gil Scott-Heron pojawiał się na Chojnito's Way już parokrotnie, powiedziałem już o nim wszystko co najważniejsze: jaką muzykę tworzył, z kim współpracował, na kogo z późniejszych artystów miał wpływ, oraz o tym jak po latach powrócił do nagrywania. wczoraj w momencie, gdy dowiedziałem się o śmierci muzyka, zabrakło mi słów. dalej mi ich brakuje. po prostu odeszła od nas wielka postać, legenda muzyki soul, legenda ulicznej, zaangażowanej w społeczne sprawy poezji. poprzednimi razami wrzucałem na blog jego utwory muzyczne, dzisiaj wrzucę nagranie z recytacji jednego z jego wierszy w nowojorskim klubie na rogu 125th Street i Lenox Avenue. cały ten występ, zarejestrowany i wydany w 1970 roku na winylu przyjęło się uważać za fonograficzny debiut Gila Scotta-Herona. spoczywaj w pokoju

Gil Scott-Heron - Whitey On The Moon (1970)

piątek, 27 maja 2011

the pharaohs - black enuff

The Pharaohs, to funkowo-jazzowa grupa (ale z tych, których muzykę nazwiemy bardziej funkiem z elementami jazzu niż na odwrót) założona w latach sześćdziesiątych w Chicago. z nazwisk muzyków zaangażowanych w ten projekt najwięcej mówiącym jest Maurice White, czyli późniejszy lider bardziej popularnego Earth, Wind & Fire. choć w obu grupach współpracował z zupełnie innymi muzykami, da się poczuć spore podobieństwo brzmieniowe. podobne inspiracje jazzowo-latynoskie, podobne instrumentarium, podobnie duża uwaga przykuta to sekcji dęciaków. utwór który prezentuję poniżej tak się zaczyna, że od razu mi się kojarzy z którymś z numerów na albumie "Spirit" Earth, Wind & Fire. no i nie trudno w obu przypadkach zauważyć fascynacje starożytnym Egiptem, przenoszoną na okładki płyt. zresztą czym się ci wariaci nie fascynowali, miłośnicy Iluminatów i innych tego typu bzdur muszą uwielbiać ten zespół za graficzną oprawę wydawnictw

wtorek, 24 maja 2011

the philadelphia international all-stars - let's clean up the ghetto

pewnie nie możecie wszyscy się doczekać aż znowu napiszę, jak to uwielbiam filadelfijskie brzmienie soulu, aż zaprezentuję kolejny zespół z tego pensylwańskiego miasta (bo Philly to nie stolica tego stanu, stolicą jest Harrisburg - Chojnito's Way uczy!). dzisiaj będzie wielka kumulacja i opowiem o wspólnym projekcie takich artystów jak Teddy Pendergrass, Lou Rawls, The O'Jays, Harold Melvin & The Blue Notes, Archie Bell i jeszcze kilku innych. połączył ich wspólny cel - taki jak w tytule albumu/głównego utworu. stwierdzili, że żeby zwalczyć fizyczne getto, trzeba przezwyciężyć mentalne getto, które od wewnątrz zniechęca czarnoskóre mniejszości do poprawienia stanu własnego bytu. jak to chcieli zrobić? na przykład przez dofinansowanie edukacji. można było to zrobić osobiście kupując egzemplarz tego albumu w 1977. sam nabyłem ostatnio ten album z którejś tam ręki, więc raczej do poprawy sytuacji na ulicach Philly nie przyczyniłem się, ale za to mam kolejny kawał świetnego soulu na półce. posłuchajcie tytułowego utworu, jeśli przekazu tu nie docenicie, to docenicie na pewno piękną, marszową linię basu

wtorek, 17 maja 2011

barrabas - the lion

czasem na dobrą muzykę można natrafić zupełnie mimowolnie, na przykład przy przeglądaniu okładeczek w katalogach sprzedawców na Allegro. nie wiedziałem zupełnie co to jest jakieś Barrabas, ale okładka przedstawiająca paszczę dzikiego kocura z przystawioną lufą strzelby była wystarczająco intrygująca, by przeprowadzić śledztwo na temat zespołu. mamy więc do czynienia z hiszpańską grupą, grającą funk i disco z wyraźnymi jazzowo-latynoskimi naleciałościami. dodatkowo charakterystyczny jest zachrypnięty głos głównego wokalisty, oraz fascynacja zespołu motywami safari. w "The Lion" znajdziecie niemal wszystko, o czym powiedziałem. utwór pochodzi właśnie z albumu "Bestial" i jako niejedyny z tego wydawnictwa, drapieżnie się wkręca. refren trochę mnie wprowadza w zakłopotanie, bo nie wiem ostatecznie, czy podmiot liryczny chciał zabić lwa czy nie, ale trudno, obejdę się bez tej wiedzy

sobota, 14 maja 2011

chocolate milk - action speaks louder than words

"czyny mówią głośniej niż słowa" - wszystkim znane powiedzenie, myśl istniejąca tak długo jak Homo jest sapiens. albo i dłużej, bo na pewno wcześniej Homo erectus też wolał pokazać jak umiejętnie wznieca ogień, a nie tylko zapewniać, że potrafi to zrobić. tak czy siak myśl przetrwała do naszych czasów, widzimy że ciągle znajduje zastosowanie, albo wkurzamy się, że większość ludzi potrafi właśnie tylko słowami przemawiać. nieważne, przejdźmy już do muzyki. "Action Speaks Louder Than Words" to tytuł debiutanckiego albumu nowoorleańskiej grupy Chocolate Milk, oraz tytuł singla, który otwiera to wydawnictwo, jak i całą dyskografię. czyn jak najbardziej udany i głośniejszy niż moje komentarze na blogu. i okładeczka miła dla oka

Chocolate Milk - Action Speaks Louder Than Words (1975)

poniedziałek, 9 maja 2011

smokey robinson and the miracles - going to a go-go

z muzyką Motown Records, tą z lat sześćdziesiątych, problem jest taki (tzn dla mnie problemu nie ma, ale domyślam się, że dla wielu niesiedzących w temacie ludzi on istnieje) że te wszystkie hity, albumy, piosenki na tych albumach są bardzo podobne. The Funk Brothers, Lamont Dozier i inni taśmowo tworzyli przeboje, gwiazdy w ulic Detroit (głównie) wykonywały pod te kompozycje podobne piosenki, koniecznie ze słowem "love" w tytule. nie ma co się okłamywać że tak nie jest, ale i tak kocham tą wytwórnię i cały nurt wokół niej powstały. no i co by nie było, to i tak dużo wyjątków od reguły było. tak jak pan Smokey ze swoim zespołem, co zamiast nagrywać kolejne "love coś tam" zabiera nas na dobry melanż w miejscu, które ostanio znalazł na mieście. też bym tam wpadł, najlepiej właśnie w akompaniamencie "Going To A Go-Go"

Smokey Robinson And The Miracles - Going To A Go-Go (1965)

niedziela, 8 maja 2011

the whatnauts - help is on the way

The Whatnauts to soulowa grupa z Baltimore, Maryland. w sumie to jedna z dwóch grup (druga to Jimmy Briscoe & The Beavers), jakie kojarzę w ogóle z tym miastem i stanem. zresztą ktokolwiek coś kojarzy ze stanem Maryland? nawet drużyny koszykarskiej nie mają... ale zostańmy przy muzyce i przy Whatnautach. na początku lat siedemdziesiątych wydali trzy albumy ze znanymi utworami jak "Message To A Black Man" albo "I'll Erase Away Your Pain". potem jakby przestali istnieć i po dziesięciu latach, ni z tego ni z owego, zaatakowali zupełnie odmiennym klimatycznie (disco-funkowym) przebojem "Help Is On The Way". do ściągnięcia poniżej. wrzucam go, gdyż ma związek z gwiazdami wczorajszego dnia imprezy Warsaw Challenge - De La Soul, którzy samplowali to w utworze "Ring Ring Ring". a występ był konkretny, tak swoją drogą