piątek, 10 września 2010

kendra foster & p-funk all stars - bounce 2 this

p-funk ma się dobrze u mnie i tak będzie się miał dalej. tym razem coś bardziej współczesnego - utwór z wydanego cztery lata temu, sygnowanego nazwiskiem George'a Clintona albumu zatytułowanego: "How Late Do You Have 2B B4 U R Absent?" (tytuł tradycyjnie brzmi jak nadany wprost ze statku-matki doktora Funkensteina). czyli kolejny projekt z cyklu p-funk all stars, ale pojawiają się na nim również osobowości niezależne: Belita Woods, Joi z Dungeon Family, Bobby Womack, czy sam Prince (który w listopadzie gra w Krakowie i Chojnito's Way rozważa uczestnictwo w tym wydarzeniu). pierwszy utwór na płycie od razu mi się skojarzył, miałem okazje go usłyszeć na żywo podczas koncertu Clintona w Warszawie, obok klasyków jak "Atomic Dog", albo "One Nation Under A Groove". dorównywać to im nie dorównuje, ale słucha się świetnie, a potem człowiek chodzi i podśpiewuje pod nosem "Bounce to this, everybody just bounce to this..." jak jakiś debil

środa, 8 września 2010

black merda - cynthy-ruth

funk + rock, czyli jedno z moich ulubionych połączeń ostatnio. zawsze z chęcią zabieram się za sprawdzanie albumów artystów deklarujących się jako wykonawcy obu tych gatunków. Black Merda (muzykom koniecznie zależało na nazwie ze słowem "murder" i tylko w ten sposób dało się przebrnąć bez nieprzyjemności) bardziej fuzję akcentuje na rock, ale co tam, polecam każdemu ich dwualbumową dyskografię. tak wyszło, że nie przyjęła się ich twórczość, konkurencję mieli konkretną, promocja była niekonkretna, pokłócili się chłopaki i koniec. w 2005 wyszła kompilacja "The Folks From Mother's Mixer", która była po prostu reedycją ich dwóch albumów na jednym krążku. dzięki tej składance i dzięki rosnącemu ostatnimi laty zainteresowaniu czarnym rockiem, o Black Merda zrobiło się chyba głośniej, niż kiedy faktycznie działali. nawet zaczęli się odgrażać powrotem na scene. nie wiem co z tego wyszło, ale zapraszam do odsłuchu "Cynthy-Ruth", samplowanego niedawno przez Kanye Westa dla śmiesznie rapujących po angielsku Japończyków (Teriyaki Boyz chyba)

po prostu oglądnij #1

MARVIN GAYE & TAMMI TERRELL "Ain't no Mountain High Enough"

duet wszech czasów w mojej skromnej opinii, jedno z dwóch dostępnych w sieci nagrań, na których można zobaczyć wspólnie śpiewających Marvina i Tammi. zresztą solowych występów Tammi Terrell na YT również uświadczyć więcej nie można. już któryś raz jej wątek się tutaj pojawia, ale cóż, wyjątkowo nie potrafię odżałować śmierci tej świetnie zapowiadającej się wówczas piosenkarki

sobota, 4 września 2010

the mar-keys - last night

historia muzyki z Memphis, część druga. The Mar-Keys to grupa, która zaistniała wcześniej niż The Bar-Kays, wiemy już zatem kto się kim inspirował. a zaistnieli w 1961 roku singlem "Last Night", który był pierwszym tak udanym wydawnictwem wytwórni Satellite Records, że wykroczył on popularnością poza granice stanu Tennessee. okazało się wtedy przy okazji, że w Stanach już istniało jedno Satellite Records, było trzeba w związku z tym zmienić nazwę. tak właśnie powstała marka Stax Records - jedna z najlepiej kojarzonych na soulowo-bluesowej mapie USA. samo The Bar-Keys w historii muzyki się tak nie utrwaliło, no i nie wątpię, że są kojarzeni wyłącznie z utworem poniżej. ewentualnie z tym, że na samym początku przez grupę przewinął się jako instrumentalista sam Isaac Hayes - nie wiem czy przypadkiem tutaj właśnie nie udziela się na organach

wtorek, 31 sierpnia 2010

the bar-kays - grab this thing

na twórczość funkowej grupy z Memhpis, Tennessee zwrócił moją uwagę epicki (tak, to jest bardzo odpowiednie słowo) podkład Kanye Westa w utworze Rick Rossa "Live fast, Die Young" - z ostatniej płyty brodatego grubasa. coś takiego słyszę i od razu chcę wiedzieć co jest źródłem takiego sampla - a jest nim wydany w 1969 drugi album zespołu "Gotta Groove". oprócz utworu samplowanego przez Yezzy'ego, znalazłem tu dziesięć innych, solidnych utworów stanowiących po prostu klasyczny, głównie instrumentalny funk. na dodatek muzycy ci kupili mnie coverami "Yesterday" i "Hey Jude" Beatlesów. nie ma co, trzeba się z jakimś większym kawałkiem ich dyskografii zapoznać. "Grab This Thing" to również cover - cover nagranego 4 lata wcześniej utworu grupy... The Mar-Keys. również z Memphis. również z wytwórni Stax Records. muszę zbadać tą sprawę dokładniej

The Bar-Kays - Grab This Thing (1969)

środa, 25 sierpnia 2010

ron isley - no more

wkrótce nakładem wytwórni Def Jam wychodzi nowy solowy album lidera legendarnej (istniejącej już 56 lat!) grupy The Isley Brothers. przedstawiam singiel promujący to nadchodzące wydawnictwo. Ron w "No More" zaskakuje świetną formą, można odnieść wrażenie, że piosenkarz od czasów nagrania takich przebojów jak "Between The Sheets" albo "Don't Say Goodnight" w ogóle się nie zestarzał. co prawda The Isley Brothers cenię bardziej za wcześniejsze, funkowo-rockowe nagrania, no ale nie można się domagać od 69-letniego pana Isleya energii do nagrania kolejnego "Shout" czy coś. za to można się spodziewać znakomitego albumu r&b w najbliższym czasie
ps: według archiwum bloga dzisiaj mija rok od pierwszego posta, kolejny mam powód do gratulowania samemu sobie. z butelką najdroższego w Żabce wina musującego poczekam jednak do grudnia, kiedy to Chojnito's Way zaczęło funkcjonować jako to czym jest

Ron Isley - No More (2010)

czwartek, 19 sierpnia 2010

one way - don't fight the feeling

najwyższy czas na nowy wpis. prawda jest taka, że wakacje strasznie rozleniwiają i pojawia się problem przy próbach poradzenia sobie z tym faktem. minie ten czas wolny i piękny, to wrócę do regularnego pisania. teraz to tylko tak jak teraz będę przypominał, że żyję i mój blog też. jakoś. oczywiście jak już jest post, to będzie i kawałek. wybrałem hit od One Way - jednej z grup definiujących brzmienie funku w latach osiemdziesiątych. "Don't Fight The Feeling" pochodzi z albumu "Wild Night", wydanego jeszcze w tym samym roku co "Who's Foolin Who" (z którego pochodzi już prezentowany u mnie "Cutie Pie" - największy przebój Jednokierunkowych), nie ma się co dziwić zatem, że cokolwiek by się na "Dzikiej Nocy" nie pojawiło, to miało prawo nawet nie zostać zauważone. NO ALE gorszy album to nie był. nie wiem czy wybrany utwór to udowadnia, po prostu osobiście go uważam za jeden z lepszych od Łan Łejów

czwartek, 5 sierpnia 2010

the gap band - the boys are back in town

piosenka, po której można by się spodziewać, że jest coverem hitu irlandzkiej grupy Thin Lizzy, ale najzwyczajniej w świecie nim nie jest. zgodność tytułów przypadkowa lub nieprzypadkowa, nie wnikam. ale muzyka zupełnie inna, tekstowo też gruntowna zmiana. Charlie Wilson z grupą opowiadają nam o rzeczach które się zmieniają i tych które tego nie robią na tle bardzo przyjemnej kompozycji, bardzo odmiennej od syntetycznego, funkowego bombardowania, z którym chłopaki są najszerzej kojarzeni. utwór, jak widać na załączonym obrazku, pochodzi z ich drugiego albumu, czyli "The Gap Band II" - nigdy nie byli pomysłowi jeśli chodzi o tytuły płyt. a ja tymczasem wyjeżdżam, "back in town" będę jakoś w przyszłym tygodniu, pozdrowienia

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

południe w natarciu

tym razem zbiorczo podsumuję garść nowości, skupiając się na ich wspólnym mianowniku - pochodzeniu z południowej części Stanów Zjednoczonych. to, że od jakiegoś czasu południe USA gra pierwsze karty i rozdaje skrzypce, tajemnicą nie jest, choć niektórzy mają ogromny problem z pogodzeniem się z tym faktem. ja do nich nie należę i dzięki temu zamiast ciągle narzekać na nieudolne próby szumnych powrotów większości nowojorskich dinozaurów jestem przynajmniej w stanie powiedzieć, że hip hop w roku 2010 ma się w miarę dobrze, wychodzą przyzwoite płyty, pojawiają się interesujący debiutanci. czemu tylko "w miarę"?
zacznę od debiutów. po pierwsze nakładem Def Jam pierwszy album ("Pilot talk") wydał młody Nowoorleańczyk - Curren$y. nie czekałem co prawda specjalnie, dośc monotonny singiel "King Kong" bardziej mnie odstraszał niż zachęcał do przesłuchania. dobrze że ostatecznie nie zniechęcił, gdyż przy reszcie utworów jest tylko lepiej. duża zasługa podkładów, za które w dużej mierze odpowiada znany bardziej uważnym słuchaczom Ski Beatz. przygotował on może nie jednostajnie dobre, ale dobre podłoże do wersów rapera. one same zaś nie powalają, przywodzą na myśl Fabolousa, okrojonego trochę z pewności siebie i bystrości w linijkach. zdecydowanie jedna z tych płyt co bardziej niosą ją podkłady niż strona liryczna. ale najbardziej szkodzi jej fakt wyjścia w tym samym czasie ciekawszego debiutu
"Statlanta" Stat Quo, mocno kiedyś oczekiwany album byłego podopiecznego Eminema i Dr Dre, nareszcie wyszedł. nagrany na nowo, już bez pomocy wspomnianego duetu, robi naprawdę wrażenie. Stat to kompletny raper, z bezczelnymi wersami, wypracowanym flow. bity też potrafi dobrze dobrać przy dostępnym budżecie. daje do myślenia, co by było, gdyby Shady/Aftermath faktycznie wypuściło ten album parę lat temu, zapewniło taką promocję jak miał kiedyś 50 Cent, najgorętszych producentów i gości. gdyby tak było dziś może nie pisałbym o skromnym, niemalże anonimowym debiucie, a o na przykład czwartym, wielce oczekiwanym krążku Stata, konkurującym w sprzedaży z T.I. albo z Lil Wayne'm. szkoda
teraz pora na starszych wyjadaczy. Z-Ro wydał kolejny po "Crack", "Cocaine" narkotykowy album "Heroin". niestety, odwrotnie do rzeczywistego działania tych specyfików, heroina okazuje się najsłabiej działająca. co ciekawe, okazało się że nie otrzymujemy jej z opium a z elementów kokainy (a przecież "Cocaine" też oficjalnym wydawnictwem było), jak i na przykład zremiksowanych utworów z mikstejpów. niezdrowe to trochę, ale gdybym o tym nie wiedział, to wrażenie po iniekcji byłoby zdecydowanie lepsze
Rick Ross przyzwyczaja nas do corocznego wydawania swoich albumów i właśnie zaatakował kolejnym. "Teflon Don" wyraźnie realizuje dalej trwający plan Ryśka - z płyty na płytę coraz mniej numerów, coraz więcej gości, coraz mniej plastikowego brzmienia coraz więcej soczystej, samplowano-granej muzyki. a ja coraz bardziej się do tego jego planu przekonuje - takie utwory jak "Free Mason", "Maybach Music part III", albo "Live fast, Die Young" najłatwiej opisać jednym słowem - są epickie. mimo małej ilości utworów pojawia się niestety wrażenie istnienia zapychaczy - dziwi mnie obecność na płycie niemal identycznych numerów, i to jeszcze obok siebie - "MC Hammer" i "B.M.F.". w każdym razie udane utwory tu przeważają. drugi po debiucie album pana klawisza, do którego mam ochotę wracać. nawet zachęca mnie do przypomnienia sobie, za co skreśliłem poprzednie krążki i czy słusznie to zrobiłem
dobrze spisał się również Paul Wall. "Heart Of A Champion" to drugi dzisiaj album, który jest ratowany przez dobór bitów (Paweł Ściana nigdy nie imponował i pewnie nigdy nie zaimponuje mi jako niewiadomo jak świetny mc), ale tym razem dobór to pierwsza klasa. raper słusznie się skumplował z genialnym perkusistą i producentem Travisem Barkerem i ten wyprodukował mu większość płyty, zachowując ducha brzmienia rodem z Houston i okolic. dobry wyczyn. szkoda że odwrotnie wyszło Bunowi B, żyjącej połowie legendarnego UGK. "Trill O.G." na początku sprawa wrażenie dobrej płyty, z lepszymi i czasem gorszymi momentami. ale co do czego okazuje się, że jest trudność przy przesłuchaniu do końca. Bun solowo jeszcze nic wielkiego nie stworzył ("Trill" i "II Trill" były świetnie nawiniętymi i wyprodukowanymi, ale chaotycznymi i pełnymi zapychaczy albumami), teraz jeszcze się od takiej możliwości bardziej oddalił. Ja z tego albumu zapamietam chyba wyłącznie numer z DJ'em Premierem. i pewnie 95% słuchaczy również
podsumowując i ewentualnie oceniając powyższe albumy (których oceny rozpiąłbym od 7+/10 dla Stata Quo do naciągniętego 5/10 dla Buna) podkreślę, że choć południe ma się dobrze, to zdecydowanie zawsze jest potrzeba, żeby było lepiej. oprócz tych albumów wyszedł jeszcze genialny Big Boi, o którym już mówiłem, a i na horyzoncie rysuje się kilka jeszcze ciekawszych premier - Young Jeezy, T.I., Three Six Mafia, Lil Wayne z Epką i nowym Carterem. czekamy na następną falę, jak będzie mocniejsza od omawianej, to będę naprawdę zachwycony

wtorek, 27 lipca 2010

danny boy - steppin'

Danny Boy (nie mylić z tym z House of Pain i La Coka Nostra) to piosenkarz R&B związany dawno dawno temu z legendarnym dla słuchaczy hip hopu labelem Death Row Records. tam w latach dziewięćdziesiątych wykonywał refreny dla 2paca, udzielał się na soundtrackach do filmów "Murder Was The Case", "Gridlock'd", a w międzyczasie pracował nad własnym albumem solowym. "It's About Time" (ironiczny tytuł) ukazał się dopiero w kwietniu tego roku. sam Danny Boy z pewnością nie jest z dumny z tego jak potoczyła się jego kariera (tzn w ogóle się nie potoczyła), ale ważne jest, że słuchacze mają co sprawdzić teraz. wielu na pewno zadowoli podróż w lata 1994-1999, czasy świetności tejże wytwórni, świetności DJ'a Quika (odpowiedzialnego w dużym stopniu za brzmienie albumu) i ogólnie g-funku, nieskażone niczym z lat późniejszych. mnie zadowoliła bardzo