niedziela, 4 lipca 2010

el michels affair - yennicita

El Michels Affair to prawdziwy zespół zapaleńców, którzy za nic mają fakt, ze epoka funku dawno minęła i jego tworzenie ma sens głównie w ramach zapożyczeń, nawiązań do dawnych czasów. grupa zorganizowana wokół osoby saksofonisty i organisty Leona Michelsa, mówiąc krótko i trafiając jednocześnie w samo sedno - robi swoje w tej sprawie. "Sounding Of The City" to ich pierwszy album, który póki co jako jedyny pokazuje ich autorskie, instrumentalne jazdy. bo wyszły potem jeszcze dwa projekty, ale takie pełniące bardziej rolę hołdów. pierwszy zawierał covery utworów legendarnego Isaaca hayesa, a drugi funkujące interpretacje podkładów Wu Tang Clanu. wracając do ich właściwego dzieła, którego okładka (jedna z moich ulubionych, tak myślę) widnieje na samej górze, zapraszam do zapoznania się z próbką tego funku A.D. 2005

piątek, 2 lipca 2010

vontel & roger troutman - 4 my homiez

dawno nie było rapowych rzeczy, a tym bardziej g-funkowych. wakacyjna aura i pogoda taka jak w tej chwili za oknem jest podobno czynnikiem bardzo sprzyjającym przy odbiorze takiej kalifornijskiej wariacji na temat hip hopu. dla mnie takie gadanie jest przykładem gadania by gadać i osobiście g-funk uważam za najlepsze, co przydarzyło się tej muzyce. i nie ważne jaki miesiąc jest, czy rano czy wieczorem, jaki nastrój, czy tam nie wiem, biorytm na przykład, ja zawsze chętnie posłucham. Vontel co prawda z Kalifornii nie jest, ale z Phoenix, Arizona. mimo to dumnie reprezentuje kochane przeze mnie brzmienie, zarówno pod względem doboru produkcji jak i kładzionych na nie linijek. niech "4 My Homiez" posłuży jako wizytówka jego muzyki, będącej przykładem rewelacyjnego, lecz przykrytego trochę kurzem brzmienia gangsta-funku. gościnnie legendarny Roger Troutman z równie legendarnego funkowego zespołu Zapp

środa, 30 czerwca 2010

stevie wonder - on the sunny side of the street

wakacje nareszcie nadeszły. żadnych egzaminów, zdecydowana redukcja problemów... i takie tam i takie tam. liczę, że wśród tysiąca rozwiązań na wykorzystanie wolnego czasu znajdę czas na częste wpisy, przynajmniej bardziej regularne niż w tym miesiącu i poprzednim. przechodząc szybko do rzeczy, posłuchajcie sobie standardu jazzowego z wokalem trzynastoletniego Steviego Wondera, zdolny chłopak z niego już wtedy był. utwór z albumu "With A Song In my Heart" z 1963, gdzie znajduje się też wiele innych interpretacji klasycznych utworów ("Smile", "When You Wish Upon A Star", "Get Happy"). klasycznych z jego perspektywy wówczas, z naszej perspektywy to klasyki do kwadratu w sumie, rozumiecie

poniedziałek, 28 czerwca 2010

chrisette michele - let's rock

teraz coś od artystki współcześniejszej i sądzę, że dla sporej części zaglądających znanej, lub chociaż kojarzącej się. kojarzącej się na pewno pozytywnie, na przykład w związku ze świetnymi gościnnymi występami u raperów (perfekcyjny refren w "Can't Forget About You" Nasa z płyty "Hip Hop Is Dead"), głównie tych związanych z Def Jam Recordings. wszakże pani Michele należy do jednego ze skrzydeł tej wytwórni (Def Soul). piosenkarka ma już na koncie dwa albumy - "I Am" z 2007 roku i "Epiphany" z zeszłego. zauważyłem, że dopiero ten drugi krążek przyniósł jej uznanie i rozgłos, uznanie i rozgłos bliskie temu należnemu (ponad 400 tysiące sprzedanych egzemplarzy umiarkowanie-radio-kompromisowego materiału w roku 2009 to wynik co najmniej imponujący). za bardziej fascynującą produkcję uważam jednak debiut, z którego pochodzi utwór "Let's Rock". numer jednocześnie relaksujący, motywujący, bujający i składający hołd nieśmiertelnym Run DMC

piątek, 18 czerwca 2010

the whispers - (let's go) all the way

żeby nie zwalniać tempa, kolejny zacny przypadek muzyki funk. utwór autorstwa kalifornijskiego zespołu The Whispers. genezy nazwy nie będzie, choć i tutaj pojawia się możliwość wyłonienia nazwy metodą słownikową, gdyż z szeptem to nie wiem co ich muzyka wspólnego ma, czy kiedykolwiek coś wspólnego miała. "(Let's Go) All The Way" to klasyczny numer o rosnącej, rosnącej miłości z elementami wypadu na plażę do Santa Monica, gdzie ty bierzesz wino, a ja swoją gitarę. a gitara tutaj gra dobrze i nie tylko ona. album, z którego pochodzi ta piosenka, nazywa się "Headlights", data jego wydania to 1978. miłego odsłuchu muzyki nieszepczących "szeptów", all the way i w ogóle

sobota, 12 czerwca 2010

leroy hutson - she's got it

Leroy Hutson - wokalista, producent, instrumentalista, były członek The Impressions (ano kolejny). nawet nie wiedziałem o nim dotychczas, słuchało się utworów chicagowskiej grupy nie zwracając specjalnie uwagi na skład zespołu. wiedziało się tylko, kiedy w nagraniach brał udział Curtis Mayfield, a kiedy nie. zauważyłem, że pan Hutson pewną dyskografie solową ma, trzeba będzie sie w nią zagłębić (ale to raczej o czarnym, najeżonym egzaminami, czerwcu), gdyż sprawdzony przeze mnie pierwszy lepszy jego album ("Paradise") całkiem trafia w gusta. "She's Got It" to niby niczym nie wyróżniający się funkowy bujacz, niby taki standard lat osiemdziesiątych, niby bez podjazdu do imperium Clintona czy braci Troutmanów, ale przez całe 8 minut trwania zniechęca do zmiany utworu na inny

czwartek, 10 czerwca 2010

gil scott-heron & brian jackson - third world revolution

kilka miesięcy temu wyrażałem dość mocny zachwyt informacją na temat zupełnie niespodziewanego powrotu Gila Scotta-Herona. szkoda tylko, że album na który tyle lat (nie) czekaliśmy, okazał się niespecjalnie wartym uwagi. krążek "I'm New Here" moją uwagę przykuł jedynie na czas zapoznania się z nim i ani minuty dłużej. no nie licząc singlowego utworu, który dość pozytywnie do produkcji nastawiał. ale myślę, że nie ma co się znęcać nad jednym słabiutkim albumikiem (tym bardziej, że wiek artysty i rożne przejścia zrobiły z nim, co zrobiły), przy tak zacnej i ciągle mnie zachwycającej dyskografii. na osłodę "Third World Revolution" - jeden z utworów - moich absolutnych heronowskich faworytów. rewolucja to wiadomo - życiowa tematyka artysty, podana w o wiele bardziej powalającej formie niż znane "The Revolution Will Not Be Televised". z albumu "Secrets", nagranego we współpracy z kompozytorem Brianem Jacksonem

środa, 9 czerwca 2010

Eminem - Recovery (recenzja)

znakomity debiut w 1999 roku zaskakujący świeżością i pokręconym klimatem. dwie następne płyty przebijające pierwszy krążek pod prawie każdym względem. w międzyczasie dwa niezłe albumy z własną grupą, Oscar za utwór do filmu opartego na jego własnej biografii. masa cholernie udanych gościnnych występów. po średnio udanym czwartym albumie pięcioletnia przerwa w twórczości, spowodowana ciężkim epizodem w życiu rapera. powrót w zeszłym roku bardzo znośnym krążkiem. no i wreszcie "Recovery" - wydawnictwo, które stawia kropkę po zdaniu "Eminem jest żywą legendą hip hopu". a nawet wykrzyknik!
raper poddał swój styl filtracji. odrzucił to co zbędne - dziecinne nabijanie się z gwiazdeczek popu, irytujące wielu fanów pseudoorientalne flow, pojazdy po matce. to co pozostało, to czysta esencja Eminema - agresywna, pełna energii nawijka, technika deklasująca praktycznie całą mainstreamową scenę, kilogramy bezczelnego, czarnego humoru. bezlitosne braggadoccio, przy którym każdy "liryczny morderca - samozwaniec" może co najwyżej zatłuc komara gazetą. z drugiej strony dużo szczerych wyznań, dotyczących między innymi wspomnianego we wstępie ciężkiego okresu dla muzyka. przeprasza na przykład fanów za średnio udane poprzednie dwa krążki, albo opowiada jaka niezdrowa zazdrość przez niego przemawiała, gdy Lil' Wayne i Kanye West zaczęli zastępować jego miejsce na szczytach list przebojów. do tego dużo o kobietach, szczególnie o tej dla niego najważniejszej - byłej żonie i matce jego córki, Kim. tym razem nie nawija o wyrzucaniu jej zwłok do jeziora, ale o tym że poważnie chce naprawić dawne błędy i odbudować komórkę rodzinną. warto zaznaczyć, że nawet w takich numerach nie przeistacza się w ciepłą kluchę, nic nie traci na swojej elokwencji i pewności siebie
oprócz pewnej lirycznej rewolucji jest też rewolucja muzyczna. Eminem rezygnuję z konwencji, według której sam na spółkę z Dr. Dre ogarnia produkcję i zaprosił między innymi Just Blaze'a, Jima Jonsina, DJ'a Khalila i Boi-1dę. wyszło doskonale, bardzo ucieszyła mnie możliwość usłyszenia Marshalla na innych podkładach, niż jedynie sterylna, minimalistyczna robota Doktorka (jak było na "Relapse"). mamy zatem mocne gitarowe riffy, naleciałości z południa (które generalnie nie powinny przeszkadzać w odbiorze płyty przeciwnikom Dirty Southu), czy zaskakujące pozytywnie pomysły Just Blaze'a - a takim na pewno jest samplowanie klasyki podstawówkowych potańcówek, to znaczy "What Is Love" Haddawaya (perfekcyjna zwrotka Lil' Wayne'a w utworze z tym samplem - nie mogłem o tym nie wspomnieć w recenzji)
czego brakuje do ideału? w sumie nie wiem, ale mogę powiedzieć czego jest za dużo. sporo jest tutaj średnio udanych śpiewanych refrenów. nie mówię tutaj o mistrzowsko dobranych występach nijakiego Kobe, Pink i Rihanny (!), ale o tych anonimowych, niezaznaczonych na trackliście. nie za dobrze śpiewa też sam Eminem. szczególnie razi to w utworze poświęconym pamięci Proofa z D-12 - upamiętniające zmarłego przyjaciela zwrotki są doskonałe, wokal między nimi delikatnie bezcześci końcowy efekt
na zakończenie recenzji nie wiem co napisać, ponad powtórzenie tezy o oficjalnym zatwierdzeniu Marshalla Mathersa jako legendu gatunku. pozostaje polecić ten album wszystkim, szczególnie tym którzy wypięli się na rapera po tym, jak minęły czasy jego świetności. okazuje się, że świetność powróciła...
9/10

niedziela, 6 czerwca 2010

commodores - keep on taking me higher

sprawdziłem trzy razy aż - Commodores jeszcze tu nie było. grupa powstała w 1970 roku w Tuskegee, Alabama i początkowo miała niezbyt oryginalną nazwę (Jays). wypadało jednak zmienić ją w obliczu mającego już renomę zespołu O'Jays. podobno założyciel grupy William King, postanowił w tej sytuacji wybrać nową nazwę... otwierając słownik języka angielskiego na losowej stronie i wybierając z niej losowy wyraz. całkiem nieźle wypadło. ale odbijam od początków kariery zespołu do roku 1981, kiedy wydali album "In The Pocket" - ostatni, na którym udzielał się najbardziej znany komandor - Lionel Richie, który następnie rozkręcił bardzo poważną karierę solową. taki początek końca grupy, dobra płyta co by nie było. i dobry utwór z niej poniżej

sobota, 5 czerwca 2010

ruth copeland - i got a thing for you daddy

Ruth Copeland to kolejna z wielu (a słowo "wielu" znaczy tu bardzo wielu) twarzy projektu Funkadelic/Parliament. bardziej chodzi o Parliament i o wczesną jego działalność. konkretnie przypominam album "Osmium", o którym pisałem kiedyś. na tym albumie Ruth w dużej mierze odpowiadała za dwa utwory (w tym zabawne "Little Ole Country Boy"). w tym samym roku przypominam, że 1970) zasiadła za sterami własnego projektu "Self Portrait", oczywiście przy wsparciu George'a Clintona, Eddiego Hazela i reszty. "I Got A Thing For You Daddy" to najjaśniejszy moment płyty według mnie, mocno udany funkowo rockowy utwór. polecam, jak wszystko z tej płyty. jak wszystko od tej pani. jak wszystko, co jest związane z p-funkiem